O mnie

O mnie

Nie wiem, od czego zacząć.  Trudno pisać o własnej twórczości. Najprościej, wykonuję różne prace rękodzielnicze z zastosowaniem różnych technik. Brzmi strasznie banalnie, ale  jest to naprawdę fajne zajęcie. Tworzy się w głowie, komponuje się kolory a potem  wizję przenosi się do realnego świata. Jakie prace wykonuję? Różne, ale najbardziej lubię dziergać rękawiczki, niby nic takiego, ale dla mnie to całe życie. Od kiedy pamiętam, zawsze je robiłam. Wymyślałam niewiarygodne wzory, łączyłam okropne kolory i co dziwne zawsze odnajdywałam uznanie wśród znajomych. Och!  i Ach! A ja ? No cóż po takich westchnieniach przystępowałam do wzmożonej pracy i tworzyłam następne  i następne i …. następne.  Można mieć hopla na jakimś punkcie np. na punkcie kotów, znaczków, miśków… Rękawiczki są raczej poza zasięgiem specjalnych zainteresowań.  Można je przecież kupić w sklepie i mieć problem z głowy. Ale nie dla mnie. Nie lubię rzeczy z metra ciętych,  prymitywnych, wykonanych w chińskiej fabryce bylejakości. Już jako dziecko byłam uparta i doskonaliłam warsztat. Największe uznanie odnajdywałam w oczach Babci. Cóż, dla niej rękawiczki były symbolem utraconego raju, wspomnieniem o życiu w luksusie minionej epoki. Nie potrafiła pogodzić się z utratą piękna w socjalistym świecie. Kobiety zeszpecone ciężką, wyczerpującą  pracą, ubrane w siermiężne szmaty, wszystkie jednakowe, bez marzeń. Nie, marzenia jednak były, ale nie takie, jakie miała Babcia. Dla niej najważniejsza była pamięć o tym, co minęło , legło w gruzach i nigdy nie powróci.

Tak więc moje dzieciństwo to powrót do korzeni, a dla Babci czas na wpajanie mi zasady, że czasy nie są ważne, każde przeminą, a damą trzeba być! Konsekwentnie, metodycznie, z uporem realizowała swój plan wychowania, odbiegający od planów pogodzonych z losem ludzi.

Zadbała też o mój wygląd. Wbrew zasadzie Korczaka, że dziecko może być brudne, albo nieszczęśliwe, pilnowała, abym zawsze wyglądała jak cukiereczek. Trudno wyobrazić sobie czasy komuny, zjednoliconych norm, wszechobecnej masówki, i mnie – w kapelusiku, pantofelkach, haftowanej sukni i oczywiście rękawiczkach. Babci było trudno realizować swoje plany odnoście mojego wyglądu ze względów obiektywnych (w sklepach nie było niczego, co uznała by za godne jej zainteresowania).  Zabawiała się więc w szwaczkę, dziewiarkę, hafciarkę , starannie przygotowywała mój wizerunek. W sukurs przychodziła jej ciotka z Ameryki, która,  podobnie jak Babcia, uważała, że mam być damą. Pamiętam zdziwienie nauczycieli, gdy wparadowałam do klasy w pięknej czarno-granatowej sukni z szarfami, podczas gdy moje koleżanki dzielnie prezentowały się w fartuszkach. Wezwanie babci do szkoły, tłumaczenie jej, że tak nie można, że obowiązują pewne normy, niewiele dało. Najpierw Babcia wyraziła swoje zdumienie, potem zniecierpliwienie, a koniec był po babcinemu.

Do szkoły powróciłam wtedy, gdy Babcia fartuszek samodzielnie wykonała. Sukieneczka pozostała w stylu babcinym, a wygląd fartuszka podbił serca całej rodziny.
Konstrukcja fartuszka była prosta, zwykły granatowy drelich, forma podstawowa:

Fartuszek uszyty, potem nastąpiła dekoracja, hafty… cóż, hafty były piękne. W stylu edwardiańskim.  Nie wiem, skąd Babcia czerpała twórczą moc, ale efekty jej prac podziwiam do dziś. Mnóstwo koronek, falbanek, pajączków, kółeczek, kokardek. Nieprzydatnych, czasami kiczowatych, ale wzdycham za nimi. A miał być tylko szkolny fartuszek… .

Znalazłam nawet formy przydatne w skonstruowaniu tak uroczej garderoby www.antiqueimages.blogspot.com. Fartuszek Babci był właśnie w tym stylu. Na bogato, elegancko, stylowo, a przede wszystkim inaczej. Babcia kombinowała, doskonaliła, zerkała na mnie i na swoje dzieło. Miałam wrażenie, że fartuszek jest ważniejszy ode mnie. Cóż, widocznie mój wygląd odbiegał od oczekiwań Babci, byłam nędznej postury, anemik. Efekt końcowy – cudny fartuszek z kimś w środku. I to pozostało do dzisiaj. Widać moje ubranie, mnie nie.

Tyle się napisałam, w jakim celu? Chyba chodziło mi to, że naprawdę punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Moje prace są być może przeładowane, nadmiernie przestrojone, ubarwione, ale inaczej nie potrafię, minimalizm nie jest moją mocną stroną. Kocham barok, królową Wiktorię, carycę Katarzynę też kocham i nic na to nie poradzę. A rękawiczki są największym atrybutem kobiecości i muszą być piękne! To biżuteria na dłoniach, coś, co nas odróżnia, w każdej mojej rękawiczce jestem ja, no i kawałek Babci. To ona zrobiła ze mnie człowieka renesansu, pracuję szydełkiem, drutami ,haftuję, frywolitka nie jet mi obca. Ciągle się uczę, i ciągle dążę do doskonałości. Czy warto? Warto, dla Babci.