Browsed by
Kategoria: swetry sweaters

W krainie baśni czyli jak Klara z Laprechunem walczy

W krainie baśni czyli jak Klara z Laprechunem walczy

121222025753

Już dawno widok listonosza mnie nie wzruszył. Bo czym się wzruszać? Człowiek, jak człowiek, na rowerku pocztę przywozi. Żeby jakąś ciekawą pocztę. Zawsze przychodzą życzenia (ktoś sobie życzy, aby mu zapłacić), albo zaproszenia (ktoś zaprasza mnie na coś, czego oglądać nie mam ochoty). Tym razem jest inaczej. Na to czekałam już długo… Zachwycam się, podziwiam, delektuję… Listonosz patrzy na mnie podejrzliwie. Nie ma chyba o mnie dobrego zdania. W szlafroku, z Komputerem na rękach (przypominam, że to mój pies), wyglądam nieciekawie. Włos rozwiany, obłęd w oczach. Mam paczkę! W nosie mam co pan sobie pomyśli, odtańczyłam aztecki taniec radości. Pan nie zrozumiał, że powinien się przyłączyć i razem ze mną podrygiwać, aby energię w sobie rozbudzić i radość ogromną światu pokazać. Widocznie taniec ten był panu nieznany, bo szybciutko na rower zasiadł i  pomknął jak strzała do sąsiedniego domu.

Czytaj dalej Czytaj dalej

W domu Klary, czyli jak leniwej rękodzielniczce czasu brakuje.

W domu Klary, czyli jak leniwej rękodzielniczce czasu brakuje.

Lubicie stare filmy? Ja lubię, nie mogę jednak zbyt często ich oglądać. Moja wyobraźnia momentalnie przenosi mnie w czasy, w których powstały. Wczoraj obejrzałam „Singing in the rain”.

Teoretycznie był to idealny wybór na ponury, jesienny wieczór. Radosny, a takiego trzeba, gdy ogarnia mnie nuda i poczucie bezsilności. Z pogodą nie wygram, trzeba się doładować, by wena twórcza powróciła, lenistwo odeszło do mrocznej krainy niebytu, a ja radośnie rozpoczęła następny dzień. Widziałam już poranek:

Piosenkę w oryginale wykonali  Gene Kelly, Debbie Reynolds i Donald O`Connor. Jestem zadowolona. Idę spać, by entuzjastycznie następny dzień rozpocząć. Śnię. Już jestem z nimi, taka radosna, szczęśliwa i śpiewam. Jak pięknie śpiewam. To nie mruczenie, tylko  doskonały wokal. Wydaję z siebie takie trele, że mechanicznie  włączyło się myślenie. Coś się nie zgadza, bo ja i śpiew to mezalians, raczej nieudane połączenie. Gdy inni śpiewają, ja zamieniam się w karpia, tylko usta otwieram…Ale w marzeniach? Kto wie? Może?

Czytaj dalej Czytaj dalej

Dom Klary, haftowany sweter i Londyn w pigułce.

Dom Klary, haftowany sweter i Londyn w pigułce.

Zadzwonił do mnie Piotr. Krótkie pytanie „Masz czas?”. Ja z zasady czasu nie mam, ale dopytałam, „O co chodzi?”.  „Lecę jutro do Londynu, na dwa dni, lecisz ze mną, szybka decyzja?”. Zazwyczaj długo się zastanawiam, ale przeczuwałam, że może być inaczej niż zwykle. Tak na dzikusa, bez rezerwacji hotelu, bez biletu na samolot i przygotowań, może być ciekawie. Lecę! Udało się zarezerwować się hotel (nie byle gdzie, na głównej ulicy Soho), z biletem na samolot też nie było problemu, cud. Wprawdzie tanie  linie, ale lot do Londynu to nie podróż do Australii, wytrzymam!
Spotkaliśmy się w Modlinie. Szybka kawa, odprawa, jesteśmy w samolocie, siedzimy. Cisza. Wszędzie cisza. Huk silników. Lecimy! Nikt nie dyskutuje, bagażu pilnuje, bo bagaż ważna sprawa. Je ze swoim jestem związana szczególnie, zabrakło miejsca w lukach, więc go dzierżę raz na kolanach, raz pod nogami. Od czasu przymykają stewardessy oferując przeróżne towary, nikt nie jest zainteresowany. Mini bazar w samolocie? Normalnie na bazarach jest rwetes, gwar, a tu cisza. Dziwne. Pod nami kanał La Manche. Jesteśmy na miejscu. I cud! Wszyscy ożywają! Gnają do wyjścia, zapominają, że przymocowani są do pasów (był komunikat, co by się przypiąć). Najszybszym był Pan w czapeczce z daszkiem i siateczką w dłoni. Skupiony, miał widocznie wcześniej opracowany plan, wygrał z innymi. Stanął przy wyjściu w gotowości opuszczenia samolotu nawet podczas kołowania. Na nic prośby (były po angielsku), błagalne spojrzenia załogi. Polak był gotowy do powiększania majątku na obcej ziemi i koniec. W końcu udało się spacyfikować bohatera. Wylądowaliśmy. Stansted.

Następny cud. Pasażerowie uczestniczą w biegu, chyba jakiś maraton (ominęło mnie, nie wiedziałam i  się nie zapisałam). Ale zauważyłam, że z każdego samolotu na płycie lotniska wszyscy wychodzą w błyskawicznym tempie. Nasi są najlepsi. Wygrywają! Przegrani to ja i Piotr. Stoimy na końcu kolejki, bilety na easybus – bye, bye… trudno. Odprawa, udało się, nic nie mieliśmy, nic nie zabrali. Jesteśmy gotowi do zwiedzania Londynu. Wychodzimy z lotniska. Nagle wrzask,  „Witam Kraków!”. To do nas. Wprawdzie jesteśmy z Warszawy, ale zareagowaliśmy błyskawicznie. Przywitaliśmy się. Okazało się, że tego pana (z obsługi lotniska) zmylił mój wygląd. No cóż. Reprezentować Ojczyznę to ja potrafię. Buciki -hafcik, sweterek -hafcik, plecaczek -hafcik, ludowa spódniczka, berecik tylko z wielką, metalową szarotką. Przedstawicielka folkloru i rękodzielnictwa – to ja na obczyźnie. Pan wysłuchał. że przez przegraną w biegu, utraciliśmy możliwość transferu do Londynu, a musimy się tam w miarę szybko dostać. I niech mi ktoś powie, że Anglicy nas nie lubią. Pan, w ekspresowym tempie, wrzucił nas do odpowiedniego busa i jedziemy. Londyn jest nasz!

Czytaj dalej Czytaj dalej