Browsed by
Kategoria: Bez kategorii

Zofiówka, Otwock – spotkanie z Kikimorą… kręć się, kręć wrzeciono… (ruins of jewish psychiatric hospital Zofiowka in Otwock)

Zofiówka, Otwock – spotkanie z Kikimorą… kręć się, kręć wrzeciono… (ruins of jewish psychiatric hospital Zofiowka in Otwock)

Już czas… Jest takie miejsce, które swoją grozą budzi lęk i trwogę. Słyszeliście o Zofiówce? Czy ta nazwa coś Wam mówi? Nie? To posłuchajcie. Bajka nie jest piękna, na dobranockę się nie nadaje.

Jak wiecie mieszkam wsród lasów, bagien, w Warszawskiej dżungli. Do Otwocka mam niedaleko… Zawsze fascynował mnie urok tego niewielkiego pożydowskiego miasteczka. Niska zabudowa, urokliwe świdermajery. Historia zatrzymana w kadrze… Błąd, źle powiedziane. Gdyby historię można było zatrzymać,  nie było by tej bajki.

Przenieśmy się do 1880 roku. Rabin z Warki – Simcha Bunem zakłada w Otwocku wspólnotę żydowską na gruntach wynajmowanych od dwóch żydów – Blassa i Reindorfa. Gmina zaczyna się rozrastać. Powstają dzielnice żydowskie, budowane są domy, sklepy, szkoły… Tętni życie. Ich życie. Budowany jest ich świat.

W tym czasie w społeczeństwie polskim rośnie niechęć do Żydów. Ograniczono im dostęp do wszystkiego, między innymi do korzystania z luksusu leczenia sanatoryjnego. Obecność Żydów w miejscach wypoczynku utrudniała Polakom pełny relaks, wobec czego zakazano im przebywania w pewnych miejscach zarezerwowanych tylko dla polskiej części społeczeństwa, Nałęczów – ówczesne spa, zakazywało leczenia schorowanych Żydów na swoim terenie.  A chorych do leczenia było wielu. Bliskość Warszawy  pomnażała liczbę chętnych do uzdrowienia, a przynajmniej do relaksu w miłym klimatycznie rejonie…

W tym czasie powstaje Kolej Wiślana, idealne połączenie z Warszawą.

Do Otwocka zjeżdżają tłumy. Jak nie pożądać odpoczynku w miejscu, gdzie kawior i szampan był na wyciągnięcie zasobnego portfela? Niech żyje zabawa, zdrowie też ważne, ale liczy się atmosfera. Mikroklimat miejsca ukrytego w lasach uważano za zbawienny dla ludzi chorych. Idealna miejscowość letniskowa, sanatoryjna. Podróż do Otwocka wyglądała kiedyś tak „Czy pan wie, co to jest wyprawa do Otwocka w sobotę lub niedzielę? Czy pan kiedy podróżowałeś drugą klasą, do której napychają ci dwudziestu Żydów chałaciarzy, przekupki z krzyczącymi bębnami, pijaków spod ciemnej gwiazdy? Kupujesz bilet i zdaje ci się, że zdobyłeś prawo do miejsca wygodnego i do towarzystwa zaopatrzonego w takież bilety. Aha właśnie! Na siedzeniach siedzi 10 osób. Między siedzeniami stoi 6 oberwańców, w korytarzach z rąk do rąk idzie butelka monopolówki i w piekiełku dusisz się blisko dwie godziny. Zapłaciwszy często bilet drugiej klasy, czasem w ogóle miejsca w przedziałach znaleźć nie możesz. Siedzenia są zajęte przez podróżnych trzeciej klasy. A ty możesz stać sobie na platformie albo w korytarzu, bo konduktor odpowiada ci obojętnie, że on nic temu nie winien” (Kurier Warszawski 1900r.)

Taki był Otwock. Nie będę się rozpisywała o zaletach przedwojennego Otwocka.  Tutaj jest skrót Otwock – lata świetności.  Uzdrowisko tętniło życiem, drewniane wille, werandy, Śmiech i gwar.

Tak było kiedyś… dawno. Był kawior i szampan. Ale nie dla wszystkich. Wśród bogatych i przedsiębiorczych Żydów żyli biedni, schorowani, cierpiący. Wtedy to (w 1907r), Zofia Edelman postanowiła sprzedać biżuterię i uzyskane środki przeznaczyć na budowę sanatorium dla osób chorych umysłowo. Zakupiono 30 morgowa działkę na ulicy Wólczyńskiej 30 (obecnie Kochanowskiego 10).  Powstało architektoniczne cudo. 
W 1908 roku wybudowano pierwszy pawilon, męski. Na parterze były trzy duże sale – jadalnia, sypialnie dla chorych płatnych, poczekalnia i miejsce do spotkań chorych z rodziną, kuchnia, toalety, pokój gościnny i pokój do czyszczenia odzieży po pracy w ogrodzie (praca była elementem terapii). Na pietrze zaplanowano 3 sypialnie, w każdej było od 10 do 15 łóżek i kącik do spania dla opiekuna chorych. Dodatkowo były dwa pokoje dla ciężej chorych (agresywnych), pokoje dla lekarzy, dozorcy i toalety.  
Szpital działał doskonale. Herman Poznański – syn króla bawełny z Łodzi (znanego nam z „Ziemi obiecanej), postanowił wspomóc szpital i ufundował pawilon dla kobiet. Wybudowano go w 1910 roku w odległości 100 metrów od pawilonu męskiego.  Parterowy budynek składał się z dwóch sypialni połączonych arkadami, pokoju lekarza, pokoju zapasowego i toalet. Pięknie wyposażono salę dziennego pobytu, która miała służyć nie tylko rekreacji, ale wykonywaniu prostych prac – szycie, haftowanie… Na następny pawilon zaciągnięto pożyczkę. 

Do Zofiówki (imię fundatorki przeszło do historii) trafiali niezamożni Żydzi których leczono nowatorskimi metodami. Leczenie ludzi chorych umysłowo było w tamtych czasach w powijakach. Zofiówka była wzorem dla innych placówek tego typu. Leczono przez pracę, chorzy byli traktowani z szacunkiem, zrozumieniem. W latach 30 było to największe i najbardziej nowoczesne sanatorium w Otwocku. W 1937r. dysponowano 275 łóżkami dla chorych, których leczono bezpłatnie, za niewielu rodziny przekazywali datki na rzecz Zakładu.
Pierwszym kierownikiem placówki był dr. Samuel Goldflam (1852 – 1932), neurolog, pionier mikroskopii układu nerwowego. Było wspaniale, jeśli takiego terminu można użyć w odniesieniu do szpitala psychiatrycznego. „Droga przed siebie jest naszym celem, zwycięstwo naszym bratem, cały świat jest jak statek, a my jesteśmy żeglarzami” to są słowa żydowskiej piosenki, która podobno rozbrzmiewała w otwockim lesie, w otoczeniu szpitala.

Tak było, ale… ambicje prekursorów sztuki medycznej  legły w gruzach. Wraz z wybuchem wojny w Zofiówce zamieszka Kikimora – bogini koszmarów i grozy.

Złośliwa prząśniczka, symbol wszelkiego zła, dusza potępiona. Furkot jej wrzeciona uznawany jest za zły znak, zwiastujący nieszczęście. Złośliwa bestia, albo wstrętne czasy.

Stanisław Adler wspomniał w swojej książce „W getcie warszawskim” o Zofiówce w Otwocku (Stanisław Adler: In the Warsaw Ghetto 1940-1943 An Account of a Witness. The Memoirs of Stanisław Adler) :

„W Otwocku były dwa żydowskie sanatoria, które były do dyspozycji chorych z getta: Brijus dla pacjentów z gruźlicą i Zofiówka dla chorych psychicznie.Te dwie instytucje były przepełnione i dusiły się z niedoboru funduszy. Kierownictwo Zofiówki przeznaczyło więc jeden pawilon zawierający ponad kilkanaście pokoi dla osób potrzebujących odpoczynku, które mogłyby płacić wysokie stawki, te przychody pomogły utrzymać biednych pacjentów”.

Niemiecki pogrom nie oszczędził Zofiówki. Adam Czerniaków – komisaryczny prezes ówczesnej gminy żydowskiej, w swoim dzienniku opisywał wizytacje, które prowadził na terenie szpitala:

20 lipca 1940 roku. 

Dzisiaj rano o 7, zafundowałem sobie 24 godzinne wakacje po tych wszystkich miesiącach – wyjeżdżam do Otwocka. Mamy piękną pogodę; O 5 rano to 61 stopni F. (16 C).Kontrola Sanatorium Brijus TB i później Zofiówka. W Zofiówce widziałem kobietę, która kosztowała nas 100 000 złotych, wielu dorosłych chorych umysłowo  i dzieci. Jedno z nich było w kaftanie, aby zapobiec samookaleczeniu, twarz miał pokrytą muchami. Inny drapał się po głowie pokrytej ranami. Kobieta w łóżku wykonuje arie operowe, występowała we Włoszech. Inne kobiety przy dźwiękach fortepianu bawią się i śpiewają. Dołączyłem do nich. Ktoś na cmentarzu wybudował sobie nagrobek z własnym nazwiskiem. Do tego adresu kieruje swoich wierzycieli.

4 sierpnia 1940 r.

O godzinie 1.30 pojechałem do Otwocka na kilka godzin. W sanatorium Brijus po raz pierwszy  w moim życiu spotkałem kobietę będącą weterynarzem, pannę Neufeld. Szaleniec, który uciekł z Zofiówki, został przejechany pociągiem, a policja przywiozła trupa. O 8 godzinie wracam do Warszawy, pół godziny jazdy samochodem.

17 sierpnia 1940 r

O siódmej rano wyjeżdżam do Otwocka do Brijus. O 9 godzinie żona pewnego dr Rubina Steina poprosiła mnie o interwencję w imieniu męża.

W Zofiówce poinformowali mnie o śmierci jednego ze swoich pacjentów, starego Żyda „króla Anglii”. Inni, którzy widzieli na jego ciele czarne świece, starali się mnie zastraszyć, ale udało mi się uciec od nich  mówiąc, że ja nie jestem przewodniczącym.

5 września 1940 roku

W Otwocku wczoraj nikt nie zgłosił się do obozu pracy. Kilka osób zastrzelonych.

25 września 1940 roku

W Otwocku polskie władze mają przejąć Brijus. Zofiówka jest zagrożona itp.

24 grudnia 1941 r

Niemiecki personel pielęgniarski w Otwocku

Wyjechałem samochodem, w straszliwych warunkach pogodowych, z żoną i Szeryńskim do Zofiówki. Otrzymałem wiadomość z Warszawy, że zgodnie z dekretem musimy oddać wszystkie futra – zarówno mężczyźni jak i kobiety.

29 marca 1942

Po południu zadzwonił Szeryński z Otwocka. Auerswald zadzwonił do niego i powiedział, że obserwuje Żydów, którzy uciekają z domów przy ulicy Stojerskiej, zabierając wszystko. Twierdził, że służby (żydowscy policjanci), którzy byli bierni, zostaną wysłani do Treblinki, a Wspólnota zapłaci za szkody.

19 lipca 1942 r

Kohn twierdzi, że deportacja 3000 Żydów z małego getta (ul. Sliska) się rozpocząć jutro o ósmej,  On i jego rodzina wyślizgnęli się do Otwocka. Inni zrobili to samo.

(Przepraszam, ale tłumaczę te wspomnienia z angielskiego)

∗∗∗∗∗

Czerniaków nie opuścił warszawskiego getta. Był w nim do końca. 22 lipca, w dniu rozpoczęcia wielkiej akcji likwidacyjnej, popełnił samobójstwo zażywając cyjanek potasu. W liście do żony napisał „Żądają ode mnie bym własnymi rękami zabijał dzieci mego narodu. Nie pozostaje mi nic innego, jak umrzeć”. To było 4 dni po głodowej śmierci jego syna.

Od 1 grudnia 1942 r. „Zofiówka” znalazła się na terenie getta uzdrowiskowego. W 1941 roku w zakładzie znajdowało się ok. 350 chorych, a przeszło rok później naziści rozstrzelali tu ok. 110 – 140 osób, zapędzając zarówno personel jak i chorych do pawilonu numer jeden. Na murach ruin można odszukać miejsca po niemieckich kulach. Część personelu zdołała uciec,  samobójstwo popełnili dr Maślanko, dr Lewinówna,  dr Włodzimierz Kaufman, dr Dorota Lewi i kilku innych lekarzy. Nie chcieli jechać do Treblinki, wybrali cyjanek potasu. Inni stanęli pod murem. Czy wszyscy? Nie. Część zdołała uciec, do lasu, do zaprzyjaźnionych Polaków w Otwocku. Niemcy rozpoczęli polowanie. Strzelali do ludzi, często ich nie chowali. W Zofiówce wrzucili trupy do dołu pod pawilonem pierwszym. To było tylko 50 ciał. Reszty nie odnaleziono. Spoczywają prawdopodobnie na terenie okalającego ruiny parku. Czekają.

Znacie wiersz?

Jest na łódzkim cmentarzu,
Na cmentarzu żydowskim,
Grób polski mojej matki,
Mojej matki żydowskiej.

Grób mojej Matki Polki,
Mojej Matki Żydówki,
Znad Wisły ją przywiozłem
Nad brzeg fabrycznej Łódki.

Głaz mogiłę przywalił,
A na głazie pobladłym
Trochę liści wawrzynu,
Które z brzozy opadły.

A gdy wietrzyk słoneczny
Igra z nimi złociście,
W Polonię, w Komandorię
Układają się liście.

Zastrzelił ją faszysta,
Kiedy myślała o mnie,
Zastrzelił ją faszysta,
Kiedy tęskniła do mnie.

Nabił – zabił tęsknotę,
Znowu zaczął nabijać,
Żeby potem… – lecz potem
Nie było już co zabijać.

Przestrzelił świat matczyny:
Dwie pieszczotliwe zgłoski,
Trupa z okna wyrzucił
Na święty bruk otwocki.

Zapamiętaj, córeczko!
Przypomnij, późny wnuku!
Wypełniło się słowo:
„Ideał sięgnął bruku”.

Zebrałem ją z pola chwały,
Oddałem ziemi-macierzy…
Lecz trup mojego imienia
Do dziś tam jeszcze leży.

Tak, to Tuwim. „Matka” jest jednym z najbardziej wzruszających wierszy tego poety. W Otwocku znają adres – Reymonta 7. Adela Tuwim, kobieta ciepiąca na depresję, leczona w Zofiówce, zdołała się ukryć. Na chwilę. Niemiecki oprawca zastrzelił ją w domu pani Rybak. Wyrzucił z tarasu domu na bruk… jak śmieć, niepotrzebnego świadka własnego zezwierzęcenia.
W Otwocku w 1939 roku mieszkało 19 000 ludzi, z czego 14 000 to Żydzi (czytaj – cel zniszczenia  dla niemieckiej rasy panów). Wspaniały dworzec to niemy świadek ich zagłady. Godzinami oczekiwali na bydlęce wagony, które wiozły ich do Treblinki, na śmierć.
Wywieziono stąd 8 000 Żydów, 3 000 rozstrzelano na miejscu, na ulicy Reymonta. Nie zdołano wszystkich pochować. Postawiono pomnik, ale nie odnaleziono wszystkich ciał. Na strzępach ciał pomordowanych Żydów porosły piękne drzewa, teraz powstają nowoczesne osiedla. Getto w Otwocku było największą żydowską dzielnicą  w okolicach Warszawy. A Zofiówka znajdowała się na terenie getta… W opustoszałym już sanatorium Niemcy stworzyli Lebensborn (te dane nie są potwierdzone) ośrodek „odnowienia krwi niemieckiej” i „hodowli nordyckiej rasy nadludzi”. To tutaj polskim dzieciom tłumaczono, że są Niemcami, panami, dziwne? A słyszycie, jak Kikimora przędzie swoją nić? Oplata pajęczyną wspomnienia dobrych chwil, widać juz samo zło.
Spacerujemy po lesie wokół Zofiówki, jest tam tak pięknie. Ale nie wiemy, że chodzimy po grobach, po trupach, po cmentarzu. W 1950 odkryto grób zbiorowy, jeden z 50 trupami, gdzie są dalsze? Wszystko wokół to dawne getto, wszędzie są wspomnienia, wszędzie jest strach.
Przypomina mi się pieśń Jacka Kaczmarskiego, wprawdzie o innym szpitalu, ale łzy same napływają do oczu.
https://www.youtube.com/watch?v=ubEvODY4j1M
Po wojnie w budynkach Zofiówki mieściło się sanatorium przeciwgruźlicze, wypoczywały tam również dzieci. To chłopcy węgierscy ćwiczący na tarasie. O zgrozo, ich ruchy rąk coś mi przypominają…
W latach 80 ponownie na terenie Zofiówki powstał szpital psychiatryczny, leczono tam też narkomanów. W 1998 roku szpital zlikwidowano i od tego czasu stoi zapomniany i popada w ruinę. Okoliczni mieszkańcy twierdzą, ze w budynkach straszą duchy pomordowanych tutaj ludzi. Mnożą się historie rodem z horrorów. Podobno samobójstwo popełnił tutaj nieszczęśliwie zakochany w uczennicy nauczyciel, podobno harcerka spadła ze schodów i zabiła się na oczach koleżanki, podobno widać postacie dzieci i dorosłych z migoczącymi, zamazanymi twarzami. Często słychać tam tajemnicze, trudne do zidentyfikowania głosy, słychać tupot stóp…
Jedziemy. Zorganizowaliśmy wyprawę. Kuba zdobył zezwolenia na używanie do filmowania drona, ja zaopatrzyłam się w zwykły aparat. Albercik przerażony, Asia radosna, w końcu to spotkanie z duchami… chyba…
Odnalezienie ruin nie było trudne, ale to co zobaczyliśmy przekroczyło  nasze wyobrażenia, chociaż problemu z wyobrażaniem sobie czegoś żadne z nas do tej pory nie miało. Podjechaliśmy pod sam pawilon pierwszy…
Ruiny, ruiny, ruiny… Wyglądały boleśnie, byliśmy przybici, ale pełni zapału do dalszych wędrówek po  gruzach historii. Pierwszy zastrajkował mój aparat fotograficzny. Odmówił współpracy twierdząc, że muszę wymienić akumulatory. Kłamał! Akumulatory wymieniłam przed wyjazdem… Poszliśmy dalej. do pawilonu drugiego – kobiecego.

Kuba uruchomił drona. Mamy! Widok na cały teren! Bolesny widok, nawet drzewa dokonały ataku na budynki Zofiówki. Sprzysięgły się wszystkie moce, aby zakryć miejsce kaźni i  rozpaczy,

Widok z drona – Zofiówka

Potem jeszcze jedno, i to już ostatnie zdjęcie. Wprawna ręka Kuby i elektronika wygrały wprawdzie z atakiem jaskółek, które pojawiły się i znikły, gdy dron wylądował bezpiecznie  na dachu łącznika powilonów… Ale dalsze komunikaty płynące z kokpitu świadczyły o kompletnym braku połączenia… Game over!

Nie dajemy za wygraną! Mamy jeszcze aparat Asi. Trudno jest nam ją namierzyć, gdyż biega po całym obiekcie, wchodzi w dziury, do których ja się nie zbliżam. Widziałam to

Podobno to pozostałości po zabawach satanistów, którzy chętnie odwiedzają miejsca takie, jak to – nawiedzone. Napisów tego typu jest tam wiele, ale nie uważam za stosowne ich prezentować. Dla mnie to miejsce wymaga spokoju i refleksji, w żadnym przypadku diabelskich rytuałów. Smutne ruiny, groby ludzi niewinnych, jeśli straszą, widocznie maja potrzebę. Nie wolno z nich drwić.

Idziemy dalej, Asia dzielnie fotografuje, czyżby była w zmowie z silami Zofiówki? Nie, ona jest po prostu odważna, jako fotograf – perfekcyjna. Ruiny to dla niej obiekt, rzetelnie oddaje obraz zniszczonych pokoi dla kobiet. Podobno gdzieś tutaj wisiał krzyż matki Tuwima, juz go nie ma… Matki Tuwima też….

Zofiówka – pokoje kuracjuszy

Zastanawiamy się, jak można było w tak krótkim stosunkowo okresie zdemolować taki obiekt. Był podobno doskonały, ale doskonały był też Titanic, a poszedł na dno. Duchy tego nie zrobiły, więc zrobili to ludzie, czasami gorsi od duchów. Miejsce kaźni, a w paintball’a tam grają… Ciekawe, czy grali by na grobach swoich bliskich?

Idziemy dalej, Asia dzielnie fotografuje

Myślicie, że to koniec naszej wyprawy? O, nie. Poszliśmy dalej. Około 400 metrów od Zofiówki jest kapliczka, kościółek, o którym Bóg chyba zapomniał, ale pamięta diabeł.

Przykro nam, jesteśmy katolikami, taka dewastacja w imię czego? Smutny krzyż, smutne miejsce, nie widać tutaj wiary, nie widać Boga. Stanęliśmy rozgoryczeni, zdruzgotani, przybici. Niemoc, żal, smutek. Jedynie Asia z zawodowym zaangażowaniem wkroczyła do środka przez dziurę w zamurowanym oknie. Zrobiła zdjęcia, w tym kościółku już nie ma Boga

To wszystko. staraliśmy się poznać historię tego miejsca. Może coś ominęliśmy, coś man umknęło, na coś nie zwróciliśmy uwagi. Smutne miejsce, ale czy nawiedzone? My duchów nie widzieliśmy. Bezduszne niszczenie, brak serca dla miejsca pamięci, głupotę i brak szacunku – to widać w każdym miejscu Zofiówki i słychać wrzeciono Kikimory, przędzie złowieszczą nitkę, tworzy pojęczynę. Uważaj, mażesz w nią wpaść.

Na koniec słowa poety, Tuwima, idealnie komponują się z tym miejscem „Ze względów oszczędnościowych polecam zgasić światłość wiekuistą…”.

 Tekst – Dom Klary
Zdjęcia  – Joanna Muszyńska i Kuba Pietrzak
 Extracts from the Diary of Adam Czerniakow

July 20 1940

Today at 7 in the morning I gave myself a 24 hour holiday after all these months – I am leaving for Otwock. We are having beautiful weather; at 5am it is 61 degrees F.

An inspection of the Brijus TB Sanatorium and later of Zofiowka

I notice in Zofiowka the woman troublemaker who cost us 100,000 zlotys, adult lunatics and children. One child in a straightjacket to prevent self-injury, the face covered with flies.

Another one is scratching wounds on his head. A female singer in bed executes some operatic arias: she used to perform in Italy. Other women by the piano were playing and singing. I joined them.
Zofiowka Sanitarium in Otwock

Somebody built himself a tombstone in a cemetery with his name carved on it. It is to this address that he would direct his creditors.

August 4 1940

At 1.30 I left for Otwock for a few hours. At the Brijus sanatorium I met for the first time in my life a female veterinarian, Miss Neufeld. A lunatic who fled from Zofiowka was run over by a train and the police have brought in the corpse. By 8 o’clock I am back in Warsaw, a half –hour by car

August 17 1940

At 7 in the morning I depart for Otwock to Brijus. At 9 the wife of a certain Dr Rubinstein came pleading with me to intervene again on behalf of her husband.

At Zofiowka they informed me about the death of one of their patients, an old Jew, “the King of England.” Another who “has black candles inside his body” tried to accost me but I managed to get away from him claiming that I was not the Chairman.

September 5 1940

In Otwock yesterday, nobody reported for the labour camp. Several persons shot.

September 25 1940

In Otwock the Polish authorities are to take over Brijus. Zofiowka is threatened etc.

December 24 1941
German nursing staff at Otwock

I left by car, in terrible weather, with my wife and Szerynski for Zofiowka. I received a message from Warsaw, according to an edict we must surrender all the furs – both men and women’s.

March 29 1942

In the afternoon Szerynski called from Otwock. Auerswald telephoned him and said that he observed Jews who were moving out of the houses on Stojerska Street taking floors etc with them.

He stated that the Order Service men who were passively standing by would be sent to Treblinka and the Community would pay for the damage.

July 19 1942

Kohn claims that the deportation is to commence tomorrow at 8pm with 3,000 Jews from the Little Ghetto (Sliska Street). He himself and his family slipped away to Otwock. Others did the same.

Stanislaw Adler recalled in his book “In the Warsaw Ghetto” his recollections about Zofiowka in Otwock:

“There were two Jewish sanatoriums at Otwock which were at the disposal of the sick from the ghetto: Brijus for tuberculosis patients and Zofiowka for the acutely mentally ill.

These two institutions were overcrowded and suffocating from a shortage of funds. The management of Zofiowka, therefore set aside one pavilion containing over a dozen rooms for people in need of a rest who could pay high rates, the income of which would help to maintain their indigent patients.

 

.

 

Szale estońskie – jak zrobić, uwagi i problemy

Szale estońskie – jak zrobić, uwagi i problemy

Szal estoński – jak zrobić

Szal skończony! Jest piękny! Milutki, zwiewny, delikatny. Nie było łatwo. Ilość wzorów ażurowych, oczka łapane raz z jednej, raz z drugiej strony, nieregularność powtarzania motywów, śliska włóczka, spadające oczka… Oj, działo się…. Najgorsze było liczenie oczek. Trzeba było przeliczać, czy gdzieś nie umknęło mi jedno, albo czy narzut zrobiłam, czy też o nim zapomniałam. W pewnym momencie miałam pomysł – odłożę robótkę na momencik, na chwilkę, na dwa tygodnie i potem do niej powrócę. Znam siebie. Na strychu mam kilka prac, które spokojnie czekają, aż twórcza wena powróci. I jakoś nie powraca. Babcia zawsze mi mówiła, dokończ jedno, potem sobie planuj dalsze prace. Tyle teoria, praktyka okazuje się inna. Zaczynam i nie kończę. Tym razem postanowiłam, że nie polegnę i szal będzie zrobiony.

Nie mam talentu wokalnego, ale wymyśłiłam metodę, aby zapamiętać wzór, który robię. Dwa razem na prawo, trzy prawe, narzut, trzy prawe, dwa razem na lewo…..  powtarzać w rytmie na dwa. I to szybko, żeby się zgadzało. I żeby głupich myśli podczas dziergania nie było. Bo te namolnie mnie męczyły i od pracy odciągały.

Zrobienie szala estońskiego to zadanie dla wprawnych rękodzielniczek. Praca jest ambitna, potrzebna jest wprawa w łapaniu oczek i opanowanie techniki. To co pisałam w poprzednim poście na temat małego bąbelka okazało się w praktyce bardzo trudne.

Oczka owijamy w ten sposób – prawe, lewe, prawe lewe….prawe. Tych owiniętych oczek jest 11. A potem to przeciągnięcie to jest mistrzostwo – nie jest takie łatwe, jak na rysunku.Ja zdejmowałam oczka pojedynczo, aby jakieś mi nie spadło i braku nie było. Na tym rysunku dokładniej widać, jak nawijamy oczka na bąbelek.

Moje bąbelki wyglądają tak, nie liczyłam, ale jest ich bardzo dużo. Wytrwale je nawijałam, bo w Estonii powiedziano mi, że żaden Chińczyk nie opracował metody, aby maszyna za nas wykonała taki szal. Podrabiają szale szetlandzkie, tam bąbli nie ma, z estońskimi mają problem. Nie dziwię się, bo te elementy są naprawdę trudne. Ale, dałam radę i zrobiłam!

bąbelki w szalu estońskim

Sposoby łapania oczek? To akurat jest proste, robimy je tak, jak nasze babki, bez specjalnego przekładania, kombinowania. Luźno. Trzeba ich tylko pilnować, bo łatwo spadają z drutów.

Szale robiły proste, niegramotne kobiety. Skąd u nich taka chęć i umiejętność komplikowania wzorów. Wzory są trudne, trzeba liczyć, przeliczać, dzielić, mnożyć… Obliczeniami zabazgrałam kilka kartek. Fakt, wybrałam bardzo trudny wzór, zrobiłam kilka ramek,  ale mam dwa fakultety, a one wielokrotnie nawet pisać nie potrafiły… Tym większa chwała i uznanie, że stworzyły coś, co potomni pokochali. Ja należę do tych, co oddają im głęboki pokłon i dziękuję. Za szale dziękuję i za możliwość ich zrobienia.

Mój szal jest ogromny. Trudno mi było zrobić zdjęcia. Próbowałam zaangażować Kubę do zrobienia fotki z drona, ale mam na działce zbyt wiele krzaków, dron by z nimi nie wygrał. Kuba obiecał. że zrobi sesję z drona, kiedy? Nie wiem… Ale poczekam. Widziałam szale estońskie różnej wielkości, mojego zmierzyć nie mogłam. Powinien być idealnie naciągnięty, wtedy ma  2 metry na dwa. Koleżanki dziewiarki zazwyczaj robią je znacznie mniejsze, ale taki ogromny jest super, można w nim utonąć, owinąć się. Mgiełka. Patrycja (moja przyjaciółka) stwierdziła, że to szal dla królowej, ewentualnie dla niej, bo do Elżbiety II jest bardzo podobna… Podobieństwa nie zauważyłam, szczególnie po wczorajszym opalaniu. Plecy ma spalone przez słońce, czerwone, z 17 bomblami po komarach. Do królowej daleka droga, mimo pochodzenia szal nie dla niej.

Co w szalach jest najłatwiejsze? To, że męczymy się z wzorem tylko po prawej stronie. Po lewej  wszystkie oczka przerabiamy tak, jak schodzę z drutu. Czyli lewe. I wtedy odpoczywamy i marzymy, że szal już skończony… i zrobimy coś innego… np. rękawiczki estońskie z tej samej włoczki, cieniutkiej, jak pajęcza nitka . Mam jej sporo.

Koronka wokół szala – oczka nabieramy w ten sposób. Nie zrobi się nam falbanka, nic się nie będzie ciągnęło, ilość oczek będzie idealna.

Poprzednio pisałam, jak zakańczamy koronkę szala tutaj. Jest inna metoda, lepsza. Za pomocą szydełka. Trzy oczka razem i 5  oczek łańcuszka , powtarzamy. Tą metodę pokazała mi moja babcia. Sprawdziłam, jest idealna. Szal układa się doskonale

Szal estoński – jak zrobić
szal estoński – jak zrobić
Szal estoński Jak zrobić

Żal, że praca wykonana? Oczywiście! Takie dzierganie uzależnia. Podczas pracy oczekujemy na efekty, udało się, czy się nie udało. Tym razem jestem zadowolona. Jeśli ktoś ma pytania, może jakiś fragment ominęłam przy opisywaniu? Czekam na informacje w komentarzach. Teraz robię rękawiczki do szala, wzory estońskie… uwielbiam je.

 

A tak swoja droga, czy gdzieś na świecie kobietki tak się bawią?

Estońskie szale – jak zrobić i wszystko, czego się o nich dowiedziałam (lekcja pierwsza – środek szala)

Estońskie szale – jak zrobić i wszystko, czego się o nich dowiedziałam (lekcja pierwsza – środek szala)

Jaką mamy pogodę? Żadną! Niby wiosna, ale przeplatana zimą. Cudowne przebudzenie o poranku – przecieramy oczęta, wyglądamy przez okno i co widzimy ? To samo, co wczoraj…. Nic się zmieniło. Temperatura grudniowa, kwiaty pomarzły, ptaków nie słychać… Lecę do Estonii! Na dwa dni, będzie pięknie. U źródeł technikę robienia szali estońskich poznam. Wielokrotnie je robiłam, ale zawsze mogło być coś nie tak. A technika jest ważna. Wszystkiego się dowiem, co z czym a przede wszystkim jak. Estonki wiedzą najlepiej, umówiłam się i jadę do Haapsalu.

O Estonii pisałam tutaj Piękny kraj, pełen specjalnego uroku. Tam czas ma jakieś inny wymiar. Super nowoczesność przepleciona ogromną dawką tradycji. Po prostu – cudnie. Domki z drewna, przyjemne kawiarenki…

stare miasto Haaspalu zdjęcie Volker Schmidt

Czytaj dalej Czytaj dalej

Haftowane rękawiczki, jajka Fabergé – nie sprzątam na święta!

Haftowane rękawiczki, jajka Fabergé – nie sprzątam na święta!

Depresja przeminęła bez śladu. Pogada się popsuła, a ja odetchnęłam z ulgą. Okna brudne, na zewnątrz też nieładnie, więc nie rzucają się w oczy. Zaprzyjaźniona Ukrainka jutro przyjdzie i dokona cudu przemiany bałaganu w porządek. Siedzę w fotelu i oczęta mrużę z błogości rozkoszy wewnętrznego uspokojenia. Miłe uczucie. Nic nie robić, nie myśleć, zapomnieć, poczytać, muzyki posłuchać… Jestem specjalistką od nic nierobienia. Może tak nie do końca. Lubię święta, tylko motywacji do sprzątanie nie mam. Co innego do jajek. Tylko nie takich zwykłych, kurzych. Kocham jajka Fabergé. Już samo nazwisko radośnie dźwięczy – Peter Carl Fabergé,  jajek nie trzeba oglądać, aby napawać się blaskiem samego nazwiska. Chociaż … zobaczyć można, w końcu to Fabergé.

Czytaj dalej Czytaj dalej

Koniakowska koronka -ażurowe rękawiczki z elementami wzorów koronki koniakowskiej. Koniakow lace gloves.

Koniakowska koronka -ażurowe rękawiczki z elementami wzorów koronki koniakowskiej. Koniakow lace gloves.

Wiosna wcale nie wpływa na mnie inspirująco. Dziwne, bo powinnam być pełna chęci do życia, a ja w depresję wpadam. Za oknem wszystko promienieje, a ja wręcz przeciwnie, kontempluję, własną filozofię upadku snuję. Kwiatki radośnie barwy prezentują, a ja najchętniej na Grenlandię bym się udała. Tam jest tak spokojnie, ludzi nie ma, lato krótkie, można spokojnie o zawiłościach życia rozmyślać. Nikt mi nie przeszkodzi,  żadna polityka mnie nie dopadnie, znajomi kilka maili przyślą, w których liczba znaków zapytania przekreśli moją chęć odpowiedzi. Radocha, samotność to cudna sprawa. Ja i Piżmowół arktyczny. Piękny, prawda?

Czytaj dalej Czytaj dalej

Święty Mikołaj już do nas pędzi, a my co?

Święty Mikołaj już do nas pędzi, a my co?

Większość nas sądzi, że Mikołaj z Norwegii do nas pędzi, że norweskie renifery w zaprzęgu norweskie sanie ciągną,  a to bzdura. Święty mieszka sobie wygodnie w Napapirii, w Finlandii. Muszę powiedzieć, że wspaniale się urządził. Napapirii dokładnie oznacza koło podbiegunowe i tam Święty interes rozkręca. Rząd Finlandii kilkanaście lat temu podarunek Mikołajowi zrobił. I nie były to skarpetki, jakie my czasami pod choinką w ramach mikołajowych prezentów otrzymujemy. Święty otrzymał Laponię, całą… Jak gest to gest. Mieszka więc sobie jak na Biznesmena przystało w domku, otoczony sługami, którzy za godną  zapłatą są skłonni życie nam i naszym pociechom uprzyjemnić. Gości przyjmuje siedząc na tronie i nie sprawia wrażenia oddanego sługi Bożego, wręcz przeciwnie. Cóż, czasy się zmieniły, więc i święty metamorfozę przeszedł. Luksusem się otoczył i wygodne życie wiedzie.

Uroczy domek Mikołaja 

Gdybyście zdecydowali się Mikołaja odwiedzić podaję namiary Santapark, Tarvantie 1, 96930 Napapiiri, Można tam zadzwonić, ale pamiętajmy że zapłacimy  1. 50 euro za minutę, więc nie gadajmy o głupotach, ograniczmy się do spraw najważniejszych.

phone. 0600 301 203 (1,50e/min + npm).

Albo  mailowo –  info(at)santapark.com tylko co tam napisać? Musicie to przemyśleć.

Czytaj dalej Czytaj dalej