Spotkanie z Beksińskim, czyli otchłań czeka.

Spotkanie z Beksińskim, czyli otchłań czeka.

Niedzielny poranek (umówmy się, że poranek), przegląd prasy, leniwe spojrzenie w lewo i w prawo. I co dalej? Dzień nieciekawy,  nawet myśli w logiczną całość zebrać nie potrafię. Dumam. Nic. Pustka.  Obejrzałam sobie mitenki, które właśnie skończyłam.

Obejrzałam i nudzę się. Znam je przecież, sama wymyśliłam i  zrobiłam. Mitenki jak mitenki, szału nie ma. Gdy się człowiek nudzi,  głupie myśli przychodzą mu do głowy. Wyrocznia w niebie (moja Babcia) już działa. Powtarzała wielokrotnie „nudzi się człowiek prymitywny, tępy, ograniczony”. No i proszę, są efekty. Nagle odczułam pragnienie spotkania ze sztuką, taką prawdziwą, wielką. Po premierze filmu ‚Ostatnia rodzina” wiele się mówi o Beksińskim, więc trzeba obejrzeć ponownie jego prace (obejrzeć to nie to samo, co się z nimi zaprzyjaźnić). Filmu nie widziałam, chociaż miałam w planach . Wystarczy wędrówka w necie. Kiedyś byłam zauroczona mrokiem jego dzieł, w których dostrzegałam piękno zakamuflowane w całun śmierci. Brzmi strasznie? Chyba tak, bo ograniczałam się zawsze do podziwu, byłam obserwatorką, wielbicielką talentu, nie tematyki malowanych prac.

Twórczy artysta, perfekcjonista, ciekawe, czy nudził się patrząc na swoje dzieła? Chyba nie. Ja bym się przynajmniej w nie wpatrywała bez przerwy, kontemplowała, analizowała. W tym tkwi różnica między nim  a mną. Jaka twórczość taki odbiór. Dlaczego wielkim artystą nie zastałam, takim Leonardem na przykład. I znów pojawia się przed oczami plejada wielkich: Caravaggio,  Rembrandt, Van Gogh, Rafael, Gauguin…Siedzę i cierpię. Telefon. Oczom nie wierzę. Piotr.

Rozmowa krótka „miałaś urodziny, idziemy do kina”. Brzmi jak rozkaz. Za chwilę polecenie „wybieraj film”. I co ja robię? Wybieram.  Babciu wybacz! Tępota mnie ogarnęła i cichutko szepczę „Ostatnia rodzina” Matuszyńskiego. „O.K.. o czwartej pod Atlantikiem”. Gdy odłożyłam słuchawkę, wiedziałam, że wpadłam. Dzielnie szykuję się do wyjścia. Etap pierwszy, muzyka.

Etap drugi, malowanie urody. Z obrazami mi nie wyszło, ale w poprawianiu wizerunku jestem doskonała. Oko zrobione, ubranko przygotowane. Jestem gotowa. Jadę. Przed Atlantikiem trudno jest parkować,  więc… Dojazd dobry, skorzystam z komunikacji miejskiej. Buty na obcasach, płaszczyk z kaszmiru, rękawiczki i kapelusik lata trzydzieste. Super, ale nie do autobusu. Wzbudzam sensacje już przy kupnie biletu. Nie mogę dogadać się z biletomatem, Odmówił  mi współpracy. Pieniążki połknął. Nic w zamian nie dał. Oszust! Z pomocą jakiegoś chłopczyka walkę z urządzeniem wygrałam. Mam bilet. Dojechałam do Centrum. Przejścia podziemne, niby nic takiego, ale nie dla mnie. Buty na obcasie zejście utrudniają, więc musze się koncentrować, co by w dół niczym ptak ze złamanym skrzydłem nie polecieć. Jestem na dole, żyję. W podziemiu bezdomni atak na mnie przypuścili. Nie wiem, skąd się ich tylu wzięło. W normalnych warunkach jest mi ich żal, ale… Na wszelki wypadek pognałam szybciej, bo troszkę się przestraszyłam, że torebkę stracę. Bieg na obcasach to nie jest moje ulubione zajęcie, ale dałam radę. Byłam pod kinem przed czasem. Piotra nie ma. Wiatr wieje , zimno. Wchodzę do kina czekam. Najpierw widzę kubek Costy, potem Piotra. Idziemy na seans.

Sala zapełniona, jestem dumna, że wśród osób intelektualnie rozwiniętych jestem ja, artysta niespełniony. O filmie pisać nie będę, trzeba go zobaczyć. Przestrzegam jednak, by go w domu nie oglądać. Efektu nie będzie. Przy kawce, ciasteczku, w domowych bamboszkach nie poczujemy tragizmu Beksińskich. Matuszyński pokazał tę rodzinę inaczej, cieplej niż sobie wyobrażałam. Wspaniale. Dobra robota panie Matuszyński!

Cichutko wychodzimy z kina, przed wyjściem leży menel, wokół rozbite butelki po piwie. Ktoś zadzwonił po pogotowie. Czekamy. Ja prawie płaczę. Po Beksińskim, po menelu, po własnej nieudolności. Piotr spojrzał na mnie i przemówił „odwiozę cie do domu, późno jest.”

A w domu nastrój nie poprawił się , siedzimy i oglądamy  ostatnie słowa Tomka Beksińskiego  w „Trójce pod Księżycem’ 11/12.12.1999

Powiedzcie, miał ktoś takie urodziny?

Jestem szczęściarą. inni mają gorzej. Beksińscy, wspaniała rodzina, mimo iż ostatnia.

„tańczą razem z nami, tak jak pan i pani na brzegu otchłani”.

6 thoughts on “Spotkanie z Beksińskim, czyli otchłań czeka.

  1. Po pierwsze to wszystkiego najlepszego z okazji urodzin 🙂 Po drugie mitenki urocze. O Beksińskim – malarzu wypowiadać się raczej nie powinnam – parę obrazów widziałam………. i pozostałe omijam szerokim łukiem.

  2. Był taki nostalgiczny, malował, jakby wiedział, że jest inny. Oni wszyscy byli inni, destrukcyjni geniusze. Tomka mi żal.Tak kochał muzykę. Tyle lat po jego śmierci, a nie pojawił się nikt, kto mu mógłby dorównać. Nie powinnam tego pisać, ale podejrzewam, że mieli jakąś dziwną odmianę autyzmu, byli geniuszami z obciążeniem.
    Buziaki

  3. Najlepszego Klaro!Pora w sam raz na taki toast urodzinowy …sam środek nocy 🙂
    Filmu nie widziałam…nie mam ochoty go oglądać.. i nie ,nie dlatego,że to ja muszę do kina wlec,zamiast zostać tam zawleczona:)))
    Nie chcę oglądać czegoś co mnie przygnębi.Na malastwie się nie znam…mogę jedynie wyrazić co czuję patrząc na obrazy Bekisińskiego…przygnębienie, smutek…a nawet strach.Za to Tomka mogłam słuchać godzinami.I na tym mniej więcej moja wiedza na temat rodziny Beksińskich się kończy.
    Ach…zapomniałabym,mitenki śliczne…jak ja bym chciała umieć wyszywać tak pięknie.Właśnie maltretuję się różami wiktoriańskimi…i nie wychodzą:(

  4. Róże wiktoriańskie, wow, sama poezja. Fakt, przy takich kwiatkach Beksiński odpada w przedbiegach. Przegrywa biedak, cóż, sztuka własnymi drogami chodzi. Jedni kwiatuszki, inni krew. A ja taka wplątana. Z różą z zębach w krwi dłonie maczam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *