Rzut beretem w domu Klary

Rzut beretem w domu Klary

Pogoda jaka, jest każdy widzi. Słońce o nas zapomniało, zresztą nie dziwię się. Ja też bym zapomniała, gdybym w cieplutkich krajach była. Tutaj wiatr, zimno, deszcz, a gdzieś mandarynki na drzewach dojrzewają. Z radością wybrałabym to drugie. Ja na plaży, już to czuję, cieplutko… przyjemnie. Palmy nade mną, szum cieplutkiego morza, spremuto w dłoni. Wyobraźnia na chwilę przeniosła mnie do raju… Chcę do Sorento!

Już mnie tutaj  nie ma,  z nimi dreptam, podryguję, szczęśliwe chwile. Tarantella, czuję to… Ruszam w tany, trochę nie wychodzi, trudno, Potknęłam się, leżę… Nie pierwszy raz mi się przydarzyło, zawsze się podnoszę… Znowu tańczę. A wiecie, dlaczego lubię ten ten taniec? To antidotum na wszelkie zło, lek na wszystko . Nie ja to odkryłam, taka stara nie jestem. To bajka, która usłyszałam właśnie w Sorrento. Ale z właściwą sobie skłonnością do sprowadzania  każdej historyjki do siebie, opowiem na czym to polega. Leżysz na plaży, patrzysz w niebo, od czasu do czasu pozycję zmieniasz, (słoneczko za bardzo prawy policzek spiekło), wypoczywasz. Nagle, coś cię udziabało. Wstajesz, patrzysz, o, pajączek jakiś.. Nie byle jaki, szaro- brązowy,  oczka ma takie śliczne i futerko…

  

Ja to nawet we śnie o raju mam szczęście, tarantula. Zaczynasz się wić, podskakiwać, wykonywać ruchy, o jakie byś się nie podejrzewała. Wyglądasz chyba dziwnie, bo miejscowi doskakują do ciebie i robią to samo. Wiedzą co robią. To medycyna ludowa, znachorstwo w tanecznej formie. Muszą przetrenować wszystkie układy taneczne, znane i nieznane, co by cię uleczyć. Kiedy dopasują rytm do jadu, który tkwi w tobie, jesteś cudownie uzdrowiona. Proste? No i drepczesz razem z nimi, podskakujesz, jak ja teraz, do szafy.

Powrót! Sprawiedliwości nie ma. I chociaż jesień ma swój urok, wybarwione liście, grzane wino, długie wieczory ze smartfonem w dłoni. To ja mimo wszystko chce teraz do Bari.

Trzeba do rzeczywistości powrócić, marzenia precz! Bałwanek już szusuje w moją stronę, marchewkowy nos, czapeczka na bakier, idzie zima.

Przeglądam garderobę i przygotowuję się na to , co nieuchronne. Otwieram drzwiczki szafy.  Z otwarciem problemu nie mam. Same czasem się otwierają, gorzej jest z zamknięciem, trzeba użyć siły. Przetrenowałam, dobrze działa docisk kolanem. Tak więc garderoba stoi otworem, ja szykuję się na spotkanie z Królową Lodu. Przegląd, potem rozpacz. Dużo tego. Chwila konsternacji, trzeba wspomóc potrzebujących. W worku ląduje spora część zgromadzonych zasobów. Nabywam czasami rzeczy, które w teorii powinny się przydać, niestety, teoria z praktyką przegrywa. Sprawdzam, co zostało. Nie chodzi o to, czy coś jest trendy, z tym problemu nie mam. Żadne kanony mody nie są w stanie zmusić mnie, abym wyglądała, jak po metamorfozie Sablewskiej. Swój gust posiadam, nie będzie mi nikt dyktował, w czym mi ładnie, w czym nie. Ostatnio widziałam dwie osoby świetnie ubrane, byli to panowie w spódniczkach w szkocką zielono –  czarną kratę, białych koszulkach, granatowych płaszczach i czarnych rajstopach. Wyglądali cudnie! Naprawdę. Przez chwilę pomyślałam, że tak w zasadzie, to każdego faceta można by było tak zestroić i mielibyśmy równouprawnienie. Skoro my możemy ganiać w ciuchach historycznie męskich, to czemu widok faceta w spódnicy wywołuje zgorszenie? Kto oglądał „Outlandera”? Czy oni nie są męscy? Fakt, każdy lubi coś innego.

Wracam do szafy. Różnorodność okrutna. Jestem uzależniona od dziergania, wymyślania form i wzorów, co mi wcale życia nie ułatwia. Skupiam się na czapeczkach.  Okrycie głowy, jak rękawiczki, to coś, co widać. Mogę mieć płaszczyk urody wielkiej, ale załatwię mój wizerunek źle dopasowanym berecikiem. Trzeba sprawę przemyśleć, rozważyć, czy fason, kolorek w pełni zasługuje na moje zainteresowanie. Trudna decyzja, wszystkie zrobiłam własnoręcznie, więc? Cudny berecik, jeden, drugi , trzeci… oj, chyba przesada, końca nie widać. Czapeczek dużo.

W każdej wyglądam inaczej;

img_7784

„jestem szalona „

Pomaluję paznokcie na różowo, biżuteria w stylu „Polka na Hawajach”, resztę się dopasuje. Nie ma problemu, po czystkach coś w szafie zostało. Mam wielką rozkosz w przeładowywaniu własnych prac. Hafcik, perełki,  jak ja to lubię. Zrobić, udekorować, i jeszcze listeczek wyhaftować. Bez listeczka efektu by nie było. Każda praca inna. I o to chodzi. Nie lubię wyglądać tak, jakbym w Armii  Zbawienia etat otrzymała (nie mam nic do Armii Zbawienia, ale oni są tacy jednakowo piękni).

img_6853

„góry, nasze góry”

Idealna podczas szaleństw na stoku. Wprawdzie dawno w górach nie byłam, ale mam ogromne pragnienie poczuć smog na Krupówkach. Od dziecka jeździłam w góry i ten zapach był zawsze. Teraz wielki raban, ekologia… można nie jechać, gazda nas na siłę do fiakra nie wsadzi.

„kobieta pracująca”

W tych z siatami biegam po zakupy. Jeśli ktoś ma pytanie, czy dopasowuję zakupy do berecika, to nie. Te czapeczki są uniwersalne. Żaden szok, po prostu, spełniają swoją rolę. Grzewczą oczywiście. Jeśli ktoś myśli, że już więcej okryć głowy nie posiadam, jest w błędzie. Ale troszkę się wstydzę, więcej narazie nie pokażę, narazie… pada deszcz, wieje wiatr, idzie zima… Berecik się przyda.

6 thoughts on “Rzut beretem w domu Klary

  1. Wszystko ładnie- pięknie, tylko to stworzenie na drugim zdjęciu, brr… Chyba matkę naturę dopadły jakieś czarne myśli, kiedy „toto” tworzyła. Ale nakrycia głowy z wielką przyjemnością obejrzałam.

  2. Ela, natura niech tworzy co chce, nie mam nic przeciwko. Ale czy to co popełni, jadem skierowane w moją stronę być musi?
    Dzięki za odwiedziny, pozdrawiam serdecznie.

  3. Klaro z wielkim zaciekawieniem przeczytałam artykuł.
    Jesteś wszechstronnie utalentowana nie tylko robótkowo, ale umiesz pisać.
    Czapki cudowne zresztą jak wszystko co tworzysz.

    1. Basia, Uwielbiam Ciebie, jesteś zawsze do usług, kochana. Otwarta i szczera. Komentarz Twój sprawił mi ogromną przyjemność. A pisanie? No cóż, to prosta sprawa. Lanie wody na każdy temat mam opanowane. Mam bloga i mogę się wyżyć, znajomi odetchną 🙂

  4. Leje znowu…O ciepłych krajach nic nie wiem(nie mylić z brakiem ognia)…a nawet gdybym wiedziała to pociągu specjalnego bym nie czuła.Bo ja jestem z tych dziwnych ludzi co kochają deszcz,mgły i wiatr…czyli nakrycie głowy w postaci czapki by się zdało:)))Niestety dziwoląg ze mnie jeszcze większy w tym względzie bo czapek nie znoszę…nawet tak ładnych jak Twoje:)

    1. Katrinka, ja o tych cieplutkich krainach myślę tylko wtedy, gdy tam nie jestem. Gdy wieje wiatr kołyszę razem nim i przemieniam się w zombi. Robię się okropna, intelekt na granicy normy. Gdy robi się zimno, czuję, że wróg u bram stoi. Zazdroszczę odporności i zdecydowania w odrzuceniu nakryć głowy.Kto w nich ładnie wygląda?
      Fajnie, że zajrzałaś!
      Pozdrawiam i miłego dnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *