Dom Klary, haftowany sweter i Londyn w pigułce.

Dom Klary, haftowany sweter i Londyn w pigułce.

Zadzwonił do mnie Piotr. Krótkie pytanie „Masz czas?”. Ja z zasady czasu nie mam, ale dopytałam, „O co chodzi?”.  „Lecę jutro do Londynu, na dwa dni, lecisz ze mną, szybka decyzja?”. Zazwyczaj długo się zastanawiam, ale przeczuwałam, że może być inaczej niż zwykle. Tak na dzikusa, bez rezerwacji hotelu, bez biletu na samolot i przygotowań, może być ciekawie. Lecę! Udało się zarezerwować się hotel (nie byle gdzie, na głównej ulicy Soho), z biletem na samolot też nie było problemu, cud. Wprawdzie tanie  linie, ale lot do Londynu to nie podróż do Australii, wytrzymam!
Spotkaliśmy się w Modlinie. Szybka kawa, odprawa, jesteśmy w samolocie, siedzimy. Cisza. Wszędzie cisza. Huk silników. Lecimy! Nikt nie dyskutuje, bagażu pilnuje, bo bagaż ważna sprawa. Je ze swoim jestem związana szczególnie, zabrakło miejsca w lukach, więc go dzierżę raz na kolanach, raz pod nogami. Od czasu przymykają stewardessy oferując przeróżne towary, nikt nie jest zainteresowany. Mini bazar w samolocie? Normalnie na bazarach jest rwetes, gwar, a tu cisza. Dziwne. Pod nami kanał La Manche. Jesteśmy na miejscu. I cud! Wszyscy ożywają! Gnają do wyjścia, zapominają, że przymocowani są do pasów (był komunikat, co by się przypiąć). Najszybszym był Pan w czapeczce z daszkiem i siateczką w dłoni. Skupiony, miał widocznie wcześniej opracowany plan, wygrał z innymi. Stanął przy wyjściu w gotowości opuszczenia samolotu nawet podczas kołowania. Na nic prośby (były po angielsku), błagalne spojrzenia załogi. Polak był gotowy do powiększania majątku na obcej ziemi i koniec. W końcu udało się spacyfikować bohatera. Wylądowaliśmy. Stansted.

Następny cud. Pasażerowie uczestniczą w biegu, chyba jakiś maraton (ominęło mnie, nie wiedziałam i  się nie zapisałam). Ale zauważyłam, że z każdego samolotu na płycie lotniska wszyscy wychodzą w błyskawicznym tempie. Nasi są najlepsi. Wygrywają! Przegrani to ja i Piotr. Stoimy na końcu kolejki, bilety na easybus – bye, bye… trudno. Odprawa, udało się, nic nie mieliśmy, nic nie zabrali. Jesteśmy gotowi do zwiedzania Londynu. Wychodzimy z lotniska. Nagle wrzask,  „Witam Kraków!”. To do nas. Wprawdzie jesteśmy z Warszawy, ale zareagowaliśmy błyskawicznie. Przywitaliśmy się. Okazało się, że tego pana (z obsługi lotniska) zmylił mój wygląd. No cóż. Reprezentować Ojczyznę to ja potrafię. Buciki -hafcik, sweterek -hafcik, plecaczek -hafcik, ludowa spódniczka, berecik tylko z wielką, metalową szarotką. Przedstawicielka folkloru i rękodzielnictwa – to ja na obczyźnie. Pan wysłuchał. że przez przegraną w biegu, utraciliśmy możliwość transferu do Londynu, a musimy się tam w miarę szybko dostać. I niech mi ktoś powie, że Anglicy nas nie lubią. Pan, w ekspresowym tempie, wrzucił nas do odpowiedniego busa i jedziemy. Londyn jest nasz!

Po wyjściu z busa poczuliśmy ulgę. No, nic się nie zmieniło. Możemy podreptać do hotelu, na piechotkę, a co nam, dzisiaj mamy czas. Wolniutko, z obciążeniem (plecaki niby lekkie, ale swój ciężar miały) podziwialiśmy to, co kocham najbardziej, zabytki. Zaliczyliśmy sporo, ale najwięcej Costy, bo Piotr odczuwał jej brak na każdym kroku. Patrzył na mnie błagalnie po każdym zaliczonym obiekcie architektury wiktoriańskiej i pytał skromnie „kawy”? No to kawa! Wiwat Costa! Wieczór i hotel. Na skłaniających nogach dobrnęliśmy do miejsca rekreacji. Wchodzimy, hotel, jak hotel, nic specjalnego, niżej norm, trudno. Hindus w recepcji pobrał opłaty, klucz wręczył, idziemy… Piwnica, w piwnicy pralnia, za pralnią kuchnia, za kuchnią oczekiwany pokój. Szok! Widok z okna na mur, wejście do łazienki przez szafę, koszmar. Krótka decyzja, zostajemy, nie w takich warunkach sypiało się w życiu, a jak zaczniemy szukać innego noclegu, możemy noc spędzić pod gołym niebiem. Rano wygląd pokoju się nie poprawił. A nasz nastrój owszem. Mieliśmy ambitne plany, Tower of London, Pałac Westminsterski, pałac Buckingham i co tam jeszcze przewodnik wymyśli. Ale najpierw Costa i kawa, potem metro (Piotr miał do załatwienia kilka spraw w urzędach). Byliście w muzułmańskiej dzielnicy w Londynie? Jeśli nie, to nie jedźcie tam, nie warto. Hidżaby, nikaby, wszechobecne burki. I wśród nich my, tzn. ja, w swoim haftowanym sweterku, spódniczce, bucikach i oczywiście bereciku. Szok! Załatwiliśmy to, co mieliśmy do załatwienia i w nogi. Oczywiście na piechotę, tak wzorem Londyńczyków najlepiej się przemieszczać. Wyznacznikiem jest zawsze cygaro (przynajmniej dla mnie).

Widać je z każdego miejsca, więc trafić nie trudno. A tam już świat w innych barwach, między burkami są nasi, Europejczycy. Wiwat, możemy zwiedzać. Dołączyliśmy do grupy międzynarodowej, przewodnik oprowadził nas po Londynie, Łyknęliśmy sporą dawkę anegdot. W Tower Bridge dowiedziałam się , że Londyn istnieje tylko dlatego, że w Tower  żyją kruki. Jeśli ich nie będzie, to i Londynu nie będzie. Podcięto więc krukom skrzydła, co by nie zwiały i Londyn przy życiu utrzymały. Ale zakradł się lisek. Efekt? Z kruków tylko pióra zastały. Trzeba było braki ptactwa uzupełnić, i skrzydeł im nie podcinać. Morał? Nie rób drugiemu, co tobie nie miłe.

Wieczór w pubie, było miło, nocleg w hotelu, nie było źle. Szykujemy się do  wyjazdu. Plecaczki gotowe, my też, ale… Jeszcze tylko wpadniemy do City, co by sklep Twiningsa ujrzeć.

I tutaj wpadliśmy. Nie tylko to muzeum zaliczyliśmy, ale wszystko, co w City można zobaczyć. A także odwiedziliśmy to miejsce.

Dodało nam to energii i ze zdwojoną siłą pomknęliśmy  do busa. To chyba ze strachu, co by nas Todd nie dopadł.

Stansted. Lotnisko. Powrót. Siedzimy w samolocie. Cisza. Piotr spojrzał na mnie. „Następnym razem wymyśl inną kreację, bo tą już Londyn zna. Każdy się gapił na ciebie i zastanawiał, która firmę reprezentujesz”. Spojrzałam zaciekawiona,  „Jak to, o co chodzi”?  Machnął ręką „London Fashion Week był, myśleli chyba, że to trend taki, że w hafcikach obowiązkowo trzeba chodzić”. I faktycznie, miał rację, wszyscy patrzyli na mój haftowany sweterek, buciki, plecaczek… o spódniczce nie wspomnę.

Ale po powrocie zrobiłam sobie na drutach następny,

14 thoughts on “Dom Klary, haftowany sweter i Londyn w pigułce.

  1. Uśmiałam się…wyobrażam sobie miny tubylców .W końcu dama cała w hafcikach to nie taki częsty widok…nie tylko na ulicach Londynu:)))Choć z drugiej strony dziwnie ubranych ludzi tam nie brakuje:)
    Teraz o blogu będzie…(choć ja akurat ekspertem nie jestem)powinnaś coś zrobić żeby dodanie komentarza było łatwiejsze.Istnieje możliwość spamu…i pewnie go nie unikniesz,bo Twój blog będzie oblegany..ale potem będziesz się tym martwić.Piszesz lekko i z fantazją,podoba mi się styl…no i muzyka:)O Twoich pracach nie wspomnę…są wspaniałe i podziwiam je od dawna,tylko zdjęcia wstawiaj ciut większe…albo chociaż żeby się powiększały:)Chciałabym sweterek obejrzeć z bliska a tu nici…dobrze,że na forum też go pokazałaś:)
    Powodzenia Klaro i pisz często:)

  2. Katrinka, dzięki. Miło. Fakt, mam wiele problemów, ale to początki. Próbuję, kombinuję, jestem dzielna i dojdę do wprawy. Jestem troszkę poekscytowana, bo próbuję pokazać siebie, Zazwyczaj prezentuję tylko to, co robię, tutaj się otwieram, To trudne. Po prawej stronie masz ikonkę „Podążaj za mną”. Tam są moje prace. Tutaj nie chcę zanudzić rozpisywaniem się nad moimi projektami, bo będzie wyglądało jak wiele blogów robótkowych. Obejrzy się i … koniec. Zrobiła czapkę, wieka filozofia. Mnie zależy na tak miłych słowach, które Ty napisałaś. A muzyka, no cóż, jest w każdym z nas. Dziękuję i pozdrawiam.

  3. Mówiłam,że ekspertem nie jestem:)))Wcale nie widziałam tego „Podążaj za mną”…
    Pokazanie siebie światu to trudne zadanie…mnie się nie udało,pewnie dlatego,że nie mam nic do przekazania,chociaż nie…każdy ma ,tylko nie każdy potrafi:)Tobie się uda z całą pewnością.

    1. Katrinka, spójrz, kto się lansuje. Media oszalały ma punkcie sportowców, kucharzy… (nic przeciwko nim nie mam, ale nie są moim guru), a wrażliwość, to taki omijany temat.Jesteś serdeczna, a to w tym świecie ma ogromną wartość. Jesteśmy reliktami, brzmi okropnie, ale walczymy i… może nas ktoś zauważy. Oj, oby nas potem w Zoo nie zamknęli. Przyczepią karteczkę „Gatunek prawie wymarły”.
      O uśmiech proszę 🙂

  4. Ciekawe czy się uda, bo u mnie z angielskim krucho, a coś tam kazali weryfikować 🙂
    Świetnie się Ciebie czyta, będę tu z przyjemnością zaglądać. A spamem się tak nie przejmuj, wcale go tak dużo na blogach nie ma.

    1. Udało się, jesteś dzielna! Pracuję nad tymi komentarzami, ale wiedzy mi brakuje. Nie jestem informatykiem, oswoiłam się z myszką i klawiaturą, z resztą problem. Ale muszę walczyć, zobaczymy, kto silniejszy, moja tępota, czy moja chęć dogonienia osiągnięć cywilizacji. Obym nie poległa :).

    2. Udało się, jesteś dzielna! Pracuję nad tymi komentarzami, ale wiedzy mi brakuje. Nie jestem informatykiem, oswoiłam się z myszką i klawiaturą, z resztą problem. Ale muszę walczyć, zobaczymy, kto silniejszy, moja tępota, czy moja chęć dogonienia osiągnięć cywilizacji. Obym nie poległa :).

  5. Gabi, tam rezydujesz, a ja swobodny ptak. Kocham Londyn jako turysta, jako mieszkaniec inaczej bym go pewnie odbierała. Wrażliwa jestem na Wiktorię, jej osiągnięcia w zakresie rękodzielnictwa, wiesz koronki, hafciki itd. A sweter, e tam, widziałam ładniejsze, u Ciebie na blogu.
    Buziaki

    1. Sweter boski i już!
      Ja tez kocham Londyn i jestem tu niezwykle kreatywna. Atmosfera tego miasta tak mnie rozkręciła, ze w życiu się wcześniej nie podejrzewałam ze mogę aż tak.

  6. To prawda, magia jakaś, czy co? Człowiek weny dostaje, ilekroć tam jestem gnam i wrażeń szukam. I… Zawsze coś znajdę.
    Gabi, a jak tam Twoja Irlandka, koniec?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *